baner glowna3

Wyprawa Władysława Wagnera dookoła świata (1932–1939)

Ilość wyświetleń: 53938 - Dodano: sobota, 28 stycznia 2012 13:09

Wyprawa Władysława Wagnera dookoła świata (1932–1939)

"Opłynąć świat". Te magiczne słowa fascynowały ludzi od zawsze i wciąż wyzwalają ciekawość, pasje oraz marzenia. Zwykłe rejsy i wielkie wyprawy, sławni i bezimienni odkrywcy, kupcy, zdobywcy, wielorybnicy i wreszcie żeglarze - pisze Maciej Krzeptowski w tekście o niezwykłej odysei polskiego żeglarza

  

Władysław Wagner urodził się w roku 1912 w okolicach Radomia i pewnie, gdyby tam pozostał, jego życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Los sprawił jednak, że w roku 1927 razem z rodzicami przeniósł się na stałe do Gdyni. Tu było prawdziwe morze, port, statki, jachty, które całkowicie zawładnęły piętnastoletnim chłopakiem. Władek zapisał się do morskiej drużyny harcerskiej i zaczął uczestniczyć w kursach żeglarskich. Zauroczony postacią Joshuy Slocuma, który w latach 1895-98 odbył na jachcie „Spray” samotną podróż dookoła świata i książką „Sam jeden żaglowcem dookoła świata”, postanowił pójść w jego ślady.

  

„Kamień odrzucony przez budujących...”

  

W 1931 roku 19-letni Wagner znalazł w okolicy gdyńskiego portu porzucony wrak szalupy motorowo-żaglowej i doznał olśnienia, że trafił na łódź, którą wreszcie będzie mógł popłynąć za linię horyzontu. Rozpoczął remont kadłuba, dodał takielunek i już w marcu 1932 roku „Zjawa” – slup z ożaglowaniem gaflowym - spłynęła na wodę.

  

Chociaż próbne pływania wykazały zbyt małą dzielność jednostki, Władek był zdeterminowany i wyznaczył datę 1 lipca na wyjście w „wakacyjny rejs”. Kilka dni wcześniej z udziału w wyprawie zrezygnowali dwaj członkowie załogi i tylko zgłoszenie się Rudolfa Korniowskiego sprawiło, że Wagner nie został „pierwszym polskim samotnym żeglarzem”.

    

Ostatecznie 8 lipca, w piątek (sic! żeglarski przesąd mówi, że w piątki nie wychodzi się w morze), późnym wieczorem „Zjawa” opuściła gdyński port. Jednak Wagner, zdając sobie sprawę z niedoskonałości konstrukcyjnych swojego jachtu, postanowił zawrócić i pod osłoną nocy uprowadzić stojącą w porcie, należącą do harcerzy, „Zorzę”, znacznie bardziej nadającą się do zaplanowanego rejsu. 10 lipca „Zorza” dopłynęła do Ustki i została zatrzymana przez niemiecką straż graniczną. Powiadomiony o tym właściciel jachtu złożył jednak oświadczenie, że powierzył swoją jednostkę Wagnerowi i tym sposobem nowa „Zjawa”, niegdyś „Zorza”, mogła kontynuować rejs.

  

Nauka nawigacji w praktyce

  

Żeglarze planowali płynąć w kierunku zachodnim, by, minąwszy Bornholm, osiągnąć Zelandię. Niestety, dysponując tylko ręczną busolą, trafili w środek wyspy Oland, 200 mil na północ od zamierzonej trasy! To był dla żeglarzy wyraźny znak, że jeszcze nie w pełni mogą polegać na swoich umiejętnościach nawigowania po otwartym morzu. Postanowili płynąć wzdłuż brzegu, od portu do portu, i tym sposobem 17 lipca dotarli do Kopenhagi, a 1 sierpnia do Goeteborga. W drodze na Morze Północne Wagner, obawiając się zdradliwych wód Skagerraku, obrał skrót przez Limfjorden. A jednak i tu nie było bezpiecznie: przy samym wejściu w wąski kanał, w tężejącym wietrze, pękł bom, jacht stracił sterowność i został zdryfowany na mieliznę. „Zjawę” przyholowano do Halso, gdzie dokonano napraw kadłuba i takielunku, przy okazji dodając bukszpryt. W dalszą drogą żeglarze ruszyli w połowie sierpnia.

  

19 sierpnia zacumowali w Thyboeron u wyjścia na Morze Północne, a następnie przybili do portu Esbjerg, pierwszego, gdzie mogli odebrać pocztę z kraju. Stamtąd rozpoczęli trudne przejście do brzegów Holandii. Pomny tego, co stało się, gdy próbował płynąć na Zelandię, tym razem Wagner nawigował znacznie staranniej, bezbłędnie trafiając 29 sierpnia do Scheveningen. Już w pobliżu portu doszło do niecodziennego spotkania z polskim statkiem „Tczew” i do znacznie mniej przyjemnego uderzenia nagłego szkwału, niszczącego topsel i zmuszającego załogę do wspinania się na maszt.

  

Nadszedł wrzesień i przechodzące kolejne sztormy wymusiły płynięcie krótkimi odcinkami, od portu do portu. „Zjawa” odwiedziła Ostendę, Dunkierkę, Calais, Boulogne, Caen i w dramatycznych warunkach zawinęła do maleńkiego, rybackiego Moulard. Dalej były Cherbourg, Brest (z wielką paczką korespondencji) i wreszcie Sables d’Olonne, gdzie jacht został wyslipowany do pomalowania.

  

Co dalej?

  

Ponieważ był już prawie koniec października, Wagner nie zdecydował się wyjść na otwarte wody Zatoki Biskajskiej i dalej ostrożnie żeglował wzdłuż brzegu, zawijając do La Rochelle i Bayonne. W hiszpańskim Santander skończyła się żywność oraz pieniądze i przed załogą pojawił się problem: co dalej?

  

Korniowski, były uczeń malarski, wpadł na pomysł, by, wykorzystując swoje uzdolnienia, wykonać zbiór pocztówek przedstawiających jachty i statki żaglowe. Zdobyte w ten sposób pieniądze pozwoliły młodym Polakom na zakup zaopatrzenia, dopłynięcie do Vigo i później do Porto, gdzie wreszcie nadszedł oczekiwany od dawna przekaz pieniężny.

  

18 grudnia „Zjawa” dopłynęła do Lizbony i tu dołączył do załogi Frydson, pracownik polskiego konsulatu. Stolicę Portugalii żeglarze opuścili w Nowy Rok i skierowali się do Faro. Z kolei pierwszym afrykańskim portem był Rabat, a następnym Casablanca, gdzie „Zjawa” wystawiona została na ląd i dzięki pomocy francuskiej marynarki wojennej, wyremontowana. W Casablance też miało miejsce spotkanie z wielką ówczesną żeglarską sławą – Alainem Gerbault, który na nowozbudowanym jachcie „Alain Gerbault” płynął na wyspy Pacyfiku.

  

Trans-Atlantyk i czarne chmury

  

22 lutego 1933 roku „Zjawa” ruszyła na południe, zawinęła do Mogadoru, Port Etienne i na koniec do Dakaru. W bazie francuskiej marynarki wojennej jacht znów przeszedł remont. Otrzymał nowy grotmaszt, nowy bukszpryt i został otaklowany jako jol. Co warto podkreślić, Francuzi nie wzięli za materiały i wykonane prace żadnego wynagrodzenia.

  

W rejs przez Atlantyk „Zjawa” wyszła 21 kwietnia. Wagner, chcąc uniknąć zbyt silnych wiatrów, płynął daleko na południe w rejon równika. Już w pobliżu Ameryki w jednym z gwałtownych szkwałów jacht stracił bezan i bukszpryt, stając się na powrót slupem.
4 czerwca żeglarze zawinęli do brazylijskiego Belém i niespodziewanie nad dalszym przebiegiem wyprawy zaczęły się pojawiać czarne chmury. Rudolf poważnie zachorował, trafił do szpitala i w końcu był zmuszony zmustrować. W dodatku łódź mocno przeciekała, a jej stan pogorszył się jeszcze bardziej, gdy po opuszczeniu Belém żeglarze pechowo wylądowali na mieliźnie. Płynący już tylko we dwóch, Wagner i Frydson, z konieczności zawinęli na wyspę Bailique, by dokonać niezbędnych napraw. Dopiero 22 sierpnia dopłynęli do Cayenne, a 10 września do Port of Spain na Trynidadzie.

  

W oczekiwaniu na lepsze czasy

  

W drodze do Panamy, nękani ciągłymi awariami, Polacy odwiedzili kolejno porty La Guaira, Willemstad, Santa Marta i Puerto Columbia. 4 grudnia „Zjawa” stanęła u wrót Kanału Panamskiego, w Cristobal. Wagner, wiedząc doskonale, że jacht nie wytrzyma trudu żeglugi przez Pacyfik, z ciężkim sercem postanawił go sprzedać. Znalazł nabywcę, pożegnał się z Frydsonem i po raz pierwszy w tym rejsie został sam: bez domu, bez załogi, ale z niezłomnym postanowieniem, by płynąć dalej!

  

Tylko jak? Szukając sposobu, by wziąć skądś środki na zakup nowej jednostki i na jej wyposażenie, zabrał się za pisanie pamiętnika z podróży. Zatytułował go „Podług słońca i gwiazd” i wysyłał do Głównej Księgarni Wojskowej. Wysłał i czekał na honorarium.
Tymczasem Wagner otrzymał informację, że nad jeziorem Gatun jest do sprzedania jacht, wymagający co prawda wykończenia, ale - co najważniejsze – w niewygórowanej cenie. Pojechał we wskazane miejsce i – trochę na kredyt – został armatorem dużego, czternastometrowego kecza. Od razu zabrał się do pracy.

  

Mordercze tempo i zabójczy klimat sprawiły, że choć „Zjawę II” udało się Wagnerowi zwodować 4 lutego 1934 roku, zaczął też ciężko chorować.

  

Na szczęście były też dobre wiadomości.

  

Odsiecz z Polski

  

Z kraju nadeszły honoraria za książkę i artykuły, Związek Harcerstwa Polskiego objął patronat nad rejsem, a na to wszystko jeszcze na redzie Colon pojawił się „Dar Pomorza” odbywający rejs dookoła świata! Czyż można sobie wyobrazić większe szczęście? Spotkania z kolegami z drużyny harcerskiej, pomoc załogi w pracach wykończeniowych, mapy na dalszą część rejsu, liny, farby, płótno żaglowe, żywność. Coś jeszcze? Tak! Przejście na holu Białej Fregaty z Gatun do Balboa 1 grudnia.

  

Trzy dni po pokonaniu Kanału Panamskiego obie jednostki wyszły na ocean, który okazał się nie taki znowu spokojny.

  

„Zjawę II” pierwszy sztorm dopadł w drodze na Wyspy Perłowe. Niestety – złamał stengę grotmasztu. Nowy załogant, Józef Pawlica, który wcześniej z żeglarstwem miał niewiele wspólnego i – jak wynika z relacji Wagnera - na dodatek okazał się złym człowiekiem, nie mógł zbyt wiele pomóc, więc prawie wszystkie prace spadły na kapitana. Na awaryjnym ożaglowaniu żeglarze dopłynęli na wysepkę Gorgona, gdzie usunęli uszkodzenia, a później skierowali się ku wybrzeżom Ekwadoru, zachodząc do portów Esmeraldas i Libertad. Wagner odwiedził też położone nieopodal Guayaquil.

  

Rejs przez Pacyfik

  

6 lutego 1935 roku rozpoczął się rejs przez Pacyfik. Na jachcie nadal nie było sekstansu i chronometru, bo armatora nie było stać na ich zakup, toteż cała nawigacja musiała się opierać, jak dotąd, na zliczeniu. 12 lutego jacht minął Galapagos, miesiąc później był w okolicy Markizów – niestety, kapitanowi nie udało się na nie trafić, jak zaplanował.

  
W pierwszych dniach kwietnia żeglarze zatrzymali się przy atolu Manihiki dla uzupełnienia zapasów wody i po krótkim postoju ruszyli w dalszą drogę. Już w pobliżu Samoa, w gwałtownym sztormie „Zjawa II” utraciła grotmaszt i na awaryjnym takielunku zawinęła do Apia w Samoa Zachodnim. Znów niezbędne były prace remontowe.

  

Kolejnym przystankiem na trasie rejsu było Pago Pago, a następnie żeglarze wypłynęli w kierunku Fidżi. Do Suva dotarli 11 lipca i zatrzymali się tam na dłużej. Nie tylko po to, by odpocząć.

  

Świdraki i Polonia

  

Rejsu przez Pacyfik nie przetrzymała „Zjawa II”. Stoczona przez świdraki prawie utonęła i młody armator musiał ją sprzedać. Powtórzyła się sytuacja dobrze znana z Panamy: Wagner znów został sam, bez jachtu i bez pieniędzy. Tym razem jednak był już silnym mężczyzną i doświadczonym żeglarzem.

  

Podczas półrocznego pobytu w Suva, by mieć pieniądze na utrzymanie, pracował w stoczni, napisał następną książkę – „Pokusa horyzontu” – i, co najważniejsze, nawiązał kontakt z Polonią australijską.

  

18 kwietnia 1936 roku parowcem „Niagara” Wagner udał się do Sydney na zaproszenie tamtejszego Związku Polaków. Wizyta w Australii okazała się losem wygranym na loterii, bo tutaj rozstrzygnęły się dalsze losy rejsu. Decydujące okazało się ogromne wsparcie udzielone przez polskich emigrantów.

  

Brawurowa decyzja

  

Chociaż ceny jachtów w Australii okazały się zbyt wysokie na kieszeń Wagnera, ambitny żeglarz nie zamierzał rezygnować z rejsu. W związku z tym podjął niezwykle odważną decyzję, by wrócić do Ekwadoru i tam zbudować nową jednostkę, w dodatku według własnego projektu!

  

W pierwszych dniach sierpnia przypłynął do znanego mu już Guayaquil, znalazł stocznię i rozpoczął budowę, starając się przy okazji, jak najszybciej nauczyć hiszpańskiego. Pomagał mu poznany w Australii Władysław Kondratowicz.

  

Budowa szła sprawnie i już 19 lipca 1937 roku „Zjawa III”, większa od poprzedniczek (15,5 metra długości) i ożaglowana jako jol (150 metrów kwadratowych żagla), ruszyła w dziewiczy rejs. Wagner wreszcie miał też do dyspozycji sprzęt, pozwalający mu na prowadzenie nawigacji astronomicznej.

  

Pacyfik raz jeszcze

  

Tym razem, podczas swojego drugiego przejścia Pacyfiku, Wagner skierował się bardziej na południe w stosunku do poprzedniej trasy. Pogoda była wspaniała, a pasatowa żegluga dawała załodze ogromną radość.

  

18 sierpnia Wagner i Kondratowicz osiągnęli wyspy Tuamotu i zakotwiczyli w atolu Raroia, dziesięć dni później weszli do Papeete na Tahiti i wreszcie 18 września stanęli na Bora Bora, gdzie miało miejsce ponowne, niezwykle sympatyczne spotkanie z Alainem Gerbault. Potem „Zjawa III” na krótko zatrzymała się jeszcze na Rarotonga i zaraz potem ruszyła w kierunku Australii.

  

Początkowo pogoda sprzyjała żeglarzom, z czasem jednak warunki się pogorszyły. Zaczęły wiać wiatry ze zmiennych kierunków i o zmiennej sile, ponadto gwałtownie spadła temperatura. Na szczęście jacht był mocny i tym razem przejście Pacyfiku odbyło się bez poważniejszych awarii.

  

Wielka Rafa

  

4 listopada 1937 roku „Zjawa III” zacumowała w Sydney i została tam na następne osiem miesięcy. W tym czasie jej armator występował z odczytami, żeglował z nowopoznanymi przyjaciółmi, gromadził środki i sposobił się do dalszej drogi.

  

10 lipca 1938 roku w asyście licznych jachtów Wagner w końcu opuścił gościnny port. W załodze płynęło teraz dwóch australijskich harcerzy: Dawid Walsh i Sidney Smith, którzy w ten sposób zamierzali dopłynąć na światowy zlot skautów w Anglii. Trudne warunki, na jakie napotkali w początkowym okresie, sprawiły, że Sidney szybko zrezygnował z dalszej podróży. Na jego miejsce zamustrował Bernard Plowright–Blue.

  

Załoga płynęła wzdłuż Wielkiej Rafy Koralowej, uważnie nawigując w gęstwinie wysepek, raf i kanałów. Niestety, nie obyło się bez wypadku. W nocnej wichurze jacht wpadł na rafę i tylko dzięki przytomności umysłu i doświadczeniu Wagnera udało się sprowadzić go na głęboką wodę.

  

Uszkodzenia były jednak na tyle poważne, że trzeba było zawinąć do Cooktown, by je usunąć, a żegluga jachtem mogła się odbywać tylko w dzień, w nocy zaś „Zjawa III” musiała stać na kotwicy. Na szczęście była to ostatnia poważna awaria podczas rejsu.

  

Patent korespondencyjny

   

4 września „Zjawa III” na krótko zatrzymała się w Kupangu na Timorze, a w połowie września dotarła do Bali. Następnym portem była Dżakarta na Jawie, gdzie jacht poddano remontowi (zresztą za symboliczną opłatą). Tam również w otrzymanej korespondencji Władysław Wagner znalazł patent kapitański, przyznany mu przez Polski Związek Żeglarski.

   

25 października jacht znów wyszedł w morze, a 11 listopada na kilka dni zatrzymał się na Diego Garcia, skąd skierował się na Morze Czerwone. O takiej porze roku panują w tym rejonie warunki pogodowe, które nie sprzyjają żeglarzom – szkwaliste, często przeciwne wiatry i przenikliwe zimno. Kapitanowi dopiero w połowie grudnia udało się doprowadzić jacht do Adenu, a 23 stycznia 1939 roku do Suezu.

  

Dzięki zabiegom polskiej ambasady w Kairze „Zjawa III” otrzymała zezwolenie na przepłynięcie Kanału Sueskiego pod żaglami. Przejście do Port Saidu trwało dwa dni i zakończyło się 14 lutego.

  

Wichry wojny

  

Miesiąc później Wagner wypłynął w kierunku Malty. Po czterech dniach sztormu zmuszony był jednak zawrócić z powodu poważnych awarii takielunku. Powtórnie wyszedł w morze dopiero 13 maja. Pierwszym portem na jego drodze była La Valletta, następnymi Algier i Gibraltar, gdzie jacht zawinął 2 lipca. We wszystkich odwiedzanych miastach czuło się już zapowiedź zbliżającej się wojny.

  
Wagner starał się płynąć jak najszybciej, by zdążyć do Gdyni zanim rozpocznie się najgorsze. Niestety - nie zdążył.

  
21 sierpnia 1939 roku zacumował w Southampton, a 2 września, będąc w Great Yarmouth, dowiedział się o napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę. Do Ojczyzny nie było mu już dane wrócić za życia.

  

Po wojnie pozostał na emigracji, gdzie doczekał pięknego wieku. Zmarł 15 września 1992 roku na Florydzie. Dopiero po śmierci znów trafił do Gdyni. Jego prochy spoczywają dziś w rodzinnym grobowcu na cmentarzu Witomino.

  

[Maciej Krzeptowski]