baner waski glowny2

Krzysztof Starnawski

Fot. Irena Stangierska

Ratownik TOPR, jeden z najlepszych na świecie nurków jaskiniowych, niestrudzony eksplorator. W 2011 roku ustanowił rekord świata w nurkowaniu na obiegu zamkniętym, schodząc na głębokość 283 m w zatoce Akaba (Egipt). Jest wielkrotnym rekordzistą Polski w głębokości nurkowania w jaskini (jego aktualny wynik to -265 m). We wrześniu 2016 roku kierował zespołem nurków, który ustalił, że najgłębszą podwodną jaskinią świata jest Hranická propast. Dla Starnawskiego było to ukoronowanie kilkunastu lat systematycznej eksploracji tej niepozornej studni na Morawach.

*****

(ur. 1968) | Laureat Kolosa 1999 w kategorii "Wyczyn roku". Wyróżniony (Kolosy 2000, 2006 i 2011) w kategorii "Wyczyn roku".

 

Bez ciśnienia

Tekst pochodzi z książki Piotra Tomzy Pokolenie Kolosów (Warszawa 2014)

 

"Zaledwie dziesięć procent ludzi przeżyło bez urazów nurkowania na głębokość dwustu pięćdziesięciu metrów. Co najmniej co drugi stracił życie. Nie możemy tego popierać, ale wiemy, że ludzie to robią. Istnieje ciche uznanie dla tego, co robią, ponieważ wiemy, że robią to z pasją i poświęceniem"


[Frans Cronje, południowoafrykański lekarz specjalizujący się w leczeniu nurków, w szczególności z choroby ciśnieniowej | cytat za: Phillip Finch, Mrok, przeł. Dorota Konowrocka, Warszawa 2009, s. 249]

 

Jednym z takich ludzi jest Krzysztof Starnawski. Pod wodą czyta

 

– Z ostatniej próby najbardziej utkwił mi w pamięci wywiad z profesorem Philipem Zimbardo, słynnym psychologiem społecznym – zdradził Starnawski podczas Kolosów 2011. Kilka miesięcy wcześniej ustanowił rekord świata w nurkowaniu głębokim na obiegu zamkniętym, schodząc pod powierzchnię wody w Morzu Czerwonym na dwieście osiemdziesiąt trzy metry. Właśnie to nurkowanie miał na myśli, mówiąc o „ostatniej próbie”. – Zimbardo zastanawia się nad tym, ile jest w człowieku dobra, a ile zła, czy jesteśmy zdolni do bohaterstwa i jacy w ogóle są ludzie. Fajnie o takich rzeczach poczytać pod wodą.

Mniej niż na Księżycu

Nurkowanie, a zwłaszcza nurkowanie ekstremalne oraz nurkowanie w jaskiniach, to dziedziny, w których Polacy od lat osiągają wyniki rangi światowej. Co więcej, swoimi działaniami wyznaczają kierunki rozwoju tych dyscyplin. Mimo to, w kraju pozostają niemal całkowicie anonimowi. Bo kto, poza wąskim gronem miłośników sportów ekstremalnych, słyszał o Mirosławie Kopertowskim, Dariuszu Wilamowskim (o urzekającej ksywie „Miodzio”) lub o Krzysztofie Starnawskim? A przecież dwóm ostatnim udało się podczas nurkowań przekroczyć wspomnianą granicę dwustu pięćdziesięciu metrów. Ciśnienie, jakie działa tam na człowieka, jest czterokrotnie większe niż w oponie samochodu ciężarowego. Oprócz dwójki Polaków podobnego uczucia w takich warunkach doświadczyło jeszcze tylko dziewięciu śmiałków. Więcej osób spacerowało po Księżycu.

Chociaż z tą anonimowością, przynajmniej w przypadku Starnawskiego, to nie do końca prawda. Czasem bywa o nim głośno. Po raz pierwszy zrobiło się tak za sprawą Kolosów. 

– Dzięki inicjatywie przyznawania tych nagród ktoś w ogóle usłyszy o nurkowaniu jaskiniowym. Dowie się, że w tym sporcie coś się dzieje. I to już będzie sukces – mówił Starnawski kilkanaście lat temu, niedługo po tym, jak podczas pierwszej edycji imprezy otrzymał Kolosa w kategorii „Wyczyn roku”. Kapituła uhonorowała go za nurkowanie na głębokość stu trzydziestu trzech metrów w jaskini Hranická propast na Morawach. Miał wtedy trzydzieści dwa lata i właśnie ustanowił w swojej dziedzinie rekord Polski. Już wcześniej uchodził w środowisku za wybitną indywidualność, a wiele przejść, jakich dokonał w jaskiniach tatrzańskich jeszcze pod koniec lat osiemdziesiątych, do dziś nie została powtórzona. Odtąd jego nazwisko pojawia się na corocznej kolosowej liście nagrodzonych dość regularnie (choć nie tak często jak Andrzeja Ciszewskiego).

– Już nawet nie pamiętam, skąd dowiedziałem się o Krzyśku – mówi Janusz Janowski, pomysłodawca i organizator Kolosów. – Chyba z kuponu. Podczas pierwszych edycji Kolosów w gazetach, z którymi współpracowaliśmy, znajdowały się kupony, na których można było zgłaszać kandydatury do nagród, wysyłając je do nas pocztą. Wydaje mi się, że ktoś zarekomendował go właśnie w ten sposób. Bo sam Krzysztof na pewno tego nie zrobił.

Nudy

Nie to, żeby był jakoś bardzo nieśmiały. 

– Pisanie to nie jest rzecz, którą lubię, nie bardzo też mam na to czas. Chcę wykorzystywać swoje siły, póki je mam, na realizowanie przedsięwzięć, a nie do pisania o nich – mówi Starnawski. Chociaż przyznaje: – Oczywiście warto byłoby kiedyś o tym wszystkim opowiedzieć, bo przecież tworzymy tymi naszymi nurkowaniami kawałek historii. W dodatku robimy to – my, Polacy – idąc własną, oryginalną drogą. Stworzyliśmy coś wyjątkowego. Nie naśladujemy innych nurków, nie musimy. 

Brzmi nieźle, jednak słuchając Starnawskiego, całkiem często można nabrać przekonania, że dyscyplina, którą uprawia, zasłużenie nie cieszy się popularnością. „Jest wielką sztuką napisać książkę o tak nudnym sporcie, jakim jest nurkowanie, w sposób interesujący i wciągający”  – stwierdza Starnawski w przedmowie do autobiografii Verny van Schaik, najgłębiej nurkującej kobiety (Verna van Schaik, Zanurzona, przeł. Aleksandra Brożek, Warszawa 2012, s. 9). Kiedy indziej dodaje zaś: – Jeśli mam pójść nurkować dla rekreacji, to wolę się wybrać na rower albo pobiegać.

W czym rzecz w takim razie?

W jednym „ale”.

– Ale gdy mam do wyboru: rower czy eksplorowanie jaskiń, zdecydowanie wybieram to drugie. Po to w ogóle uczyłem się nurkować: żeby móc eksplorować jaskinie. To nie jest turystyka czy rekreacja, a próba odnalezienia zupełnie nowych korytarzy, dotarcia tam, gdzie nie było wcześniej żadnego człowieka. Gdy mi się to udaje, w jakimś małym stopniu czuję się odkrywcą. Naprawdę fajne uczucie.

– To jest facet, który ma eksplorację we krwi – mówi o Starnawskim Marcin Jamkowski, w latach 2005–2007 redaktor naczelny „National Geographic Polska”, autor książki Duchy z głębin Bałtyku, poświęconej badaniom bałtyckich wraków. – Jest przy tym bezdyskusyjnie jednym z największych napieraczy naszych czasów. Wiele z przedsięwzięć, które podejmuje, to rzeczy absolutnie przełomowe. Jego projekty przesuwają granice eksploracji.

Zajęty

Krzysztof Starnawski ma czterdzieści pięć lat i sprawia wrażenie mocnego, zdecydowanego faceta. W młodości zjeździł na motocyklu kawał Europy. Powściągliwy, pewny siebie, taki, co to mniej gada, a więcej robi. Krótko i bez owijania w bawełnę: typ twardziela. Do tego strasznie ambitny („Gdy bije się rekordy, liczy się wyłącznie pierwsze miejsce” ).

– Samiec alfa – podsumowuje Jamkowski. – Bardzo uparty, niechętnie zmienia zdanie i plany, ale też ma je zawsze dokładnie przemyślane. Nie porywa się z szablą na czołgi, wszystko starannie przygotowuje i stara się przewidywać. Do tego sportowiec, lubi się ścigać. Rywalizacja go motywuje, nakręca – w zdrowy, pozytywny sposób. Dzięki niej nabiera przekonania, że da się z powodzeniem doprowadzić do końca nawet niezwykle trudne rzeczy.

Na co dzień, czy raczej wtedy, gdy pomiędzy kolejnymi wyprawami i treningami znajdzie wreszcie czas na pracę, jest ratownikiem TOPR-u (w tłumie na Kolosach łatwo go rozpoznać właśnie po koszulce lub kurtce z charakterystycznym błękitnym krzyżem). A ponadto: instruktorem wspinaczki, taternictwa jaskiniowego, nurkowania, narciarstwa oraz żeglarstwa. Filmowcem (kręci pod wodą), uczestnikiem rajdów przygodowych i organizatorem wypraw kanioningowych. No i wynalazcą (o tym za chwilę).

Da się wyżyć.

Tyle że Starnawski, który najczęściej sam finansuje swoje wyprawy i realizowane podczas nich przedsięwzięcia, przeważnie jest w drodze. 

– Nie mam czasu na odpoczynek, a co gorsza, na pracę – mówi.

I to od dawna.

starnawski dual

Fot. arch Krzysztofa Starnawskiego | facebook.com/dual.rebreather

Hranická propast (I)

Szczęśliwie jeden z najważniejszych celów eksploracyjnych Starnawskiego zlokalizowany jest całkiem blisko, bo najwyżej godzinę drogi samochodem z Cieszyna. W efektownej, częściowo zarośniętej rzadkim lasem skalnej rozpadlinie zwieńczonej małym jeziorem, pod lustrem wody kryje się potencjalnie najgłębsza krasowa studnia świata – Hranická propast. Dzięki Starnawskiemu wiadomo, że jej dno znajduje się na głębokości co najmniej trzystu siedemdziesięciu trzech metrów. Tyle wskazała opuszczona przez niego sonda. To zaledwie dziewiętnaście metrów mniej niż ma najgłębsza znana podwodna jaskinia świata, Pozzo del Merro we Włoszech . Według szacunków bazujących na tym, że woda termalna w studni pod Ołomuńcem wydostaje się spod grubych warstw wapienia, jej rzeczywista głębokość może się okazać nawet dwukrotnie większa.

Polak eksploruje Hranicką od 1997 roku. O jego wyczynie z roku 1999 (nurkowanie na sto trzydzieści trzy metry) była już mowa. Kilkanaście miesięcy później poprawił swój wynik o blisko pięćdziesiąt metrów.

Podczas tamtego wyjazdu na Morawy wszystko układało się nie tak jak powinno. Począwszy od pogody (deszcz, a z deszczu błoto), przez przeziębienie, aż po kłopoty z działaniem aparatury. Ale Starnawski, wspierany przez mocną ekipę grotołazów z Mielca oraz z Warszawy, nie odpuszczał. Owszem, spali tylko po cztery godziny na dobę, w dodatku na gołej ziemi, ale, gdy tylko się dało, napierali.

W dzień finałowego nurkowania Starnawski wstał o piątej rano, zbudził jednego z towarzyszących mu kolegów, Pawła Dybka, i rozpoczął przygotowania. Najważniejsze czynności, jakie miał do wykonania, to założenie na siebie kombinezonu z elektrycznym systemem grzewczym (temperatura naturalnie saturowanej, kwaśnej wody w czeskiej jaskini wynosi co prawda, bez względu na porę roku, około piętnastu–szesnastu stopni Celsjusza, ale Starnawski planował spędzić w niej długie godziny, co groziło zarówno wyziębieniem, jak i podrażnieniami skóry), na to szczelnego skafandra z cewnikiem do odprowadzania moczu i wreszcie góry sprzętu nurkowego ważącego łącznie prawie dwieście kilogramów. Ten ostatni punkt mógł na szczęście zrealizować już będąc w wodzie, dzięki czemu nie czuł na sobie ciężaru jedenastu butli i automatów oddechowych z mieszaninami gazów (nurkował jeszcze wtedy na obiegu otwartym) oraz pięciu samodzielnie zaprojektowanych reflektorów o mocy sto dwadzieścia wat każdy wraz z niezbędnym do ich działania zasilaniem (listę rzeczy do zabrania na wycieczkę do studni uzupełniły: tabele dekompresyjne, przyrządy pomiarowe, kołowrotek z liną, trochę skondensowanego mleka i soku jabłkowego, a także – obowiązkowo – coś do czytania). 

Kwestia czasu

Schodząc pod wodę, Starnawski miał dokładnie dwadzieścia jeden minut, by zejść na zaplanowaną głębokość – sto siedemdziesiąt pięć metrów. Po tym czasie musiał rozpocząć stopniowe wynurzanie. W razie opóźnienia nie starczyłoby mu bowiem zapasu mieszanki do oddychania, by wytrzymać długie minuty dekompresji, czyli „przyzwyczajania” organizmu do zmiany ciśnienia na kolejnych, sukcesywnie zmniejszanych głębokościach (skomplikowany fizjologiczny proces pozbywania się z krwi rozpuszczonego w niej gazu obojętnego – azotu i helu). Właśnie do tego, by się w tym nie pogubić, niezbędne są tabele dekompresyjne.

Poszło lepiej niż oczekiwał. Bez problemu zrealizował plan minimum, przezwyciężył objawy zmory nurków – HPNS (Syndrom Neurologicznych Objawów Wysokich Ciśnień występujący na dużych głębokościach; między innymi nudności, wymioty, drgawki, zaburzenia oddechu), a ponieważ zostało mu kilka minut w zapasie, zszedł jeszcze niżej, osiągając ostatecznie głębokość stu osiemdziesięciu jeden metrów.

Nadeszła najwyższa pora, by rozpocząć wynurzanie.

– Niestety, nurkowania głębokie to przede wszystkim czas – mówi Starnawski. – Zejście jest szybkie, ale im głębsze, tym dłuższa potem musi być dekompresja. I to jest bardzo kłopotliwe, nudne, wszystko wtedy doskwiera. Nie ma się co oszukiwać, środowisko wodne nie jest naturalne dla człowieka, więc kiedy przebywamy w nim za długo, czujemy się nienajlepiej. Ale dekompresja jest niezbędna, żeby nie ulec chorobie i w ogóle przeżyć tak głębokie nurkowanie.

Wtedy, w 2000 roku, Starnawski wynurzał się z Hranickiej propasti ponad cztery godziny. Żeby nie skisnąć z nudów, zabrał się za biografię Olivera Stone’a. (Tak teraz mówi, chociaż na filmie, który pokazywał na Kolosach, wyraźnie widać, jak kilka metrów pod powierzchnią wody – gdzie musiał spędzić ostatnią godzinę przed wyjściem ze studni – z uwagą studiuje ABC nurkowania w weekend.) Gdy wreszcie, już na brzegu jeziora, odbierał od kolegów zasłużone gratulacje, wiedział, że do Hranickiej propasti wróci. Tyle że na razie nie był jeszcze technicznie gotowy na zejście niżej. 

Od Bikini po Biegun

Lista przedsięwzięć związanych z nurkowaniem oraz eksploracją jaskiń, które Krzysztof Starnawski realizował w ciągu ostatniej dekady, jest równie długa co imponująca. Nurkował we wrakach w Bałtyku i w Morzu Norweskim (wyprawa na spoczywający na głębokości stu metrów ORP „Grom”), dokonując „cudów” i z powodzeniem operując w bardzo niewielkich, ciasnych i zamkniętych przestrzeniach (przeszedł między innymi wrak łodzi podwodnej typu Malutka w Zatoce Gdańskiej). Jako pierwszy człowiek zszedł na dno najgłębszego jeziora w Polsce – Hańczy (sto pięć metrów). W 2006 roku dotarł na Biegun Północny i wspólnie z Leszkiem Czarneckim (finansistą, twórcą między innymi grupy Getin Holding) dokonał tam pierwszego polskiego nurkowania, efektownie schodząc pod dryfujące pole lodowe (wyróżnienie na Kolosach). Również z Czarneckim, już w znacznie cieplejszych wodach jaskini Dos Ojos, położonej na półwyspie Jukatan w Meksyku, uczestniczył w zakończonej powodzeniem próbie ustanowienia rekordu świata w długości nurkowania jaskiniowego (siedemnaście kilometrów). Nurkował też u wybrzeży Kalifornii, na Atolu Bikini i na Atolu Truck w Mikronezji oraz w jaskiniach Francji, Włoch, Chorwacji, Syberii, a nawet Australii. 

W 2010 roku rozpoczął realizację projektu „Starnawski 360 stopni” (patronat nad przedsięwzięciem objął wydawca serii „360 stopni. Człowiek na krawędzi”, specjalizujący się w książkach i filmach o ekstremalnych wyczynach; Olo Sawa, właściciel wydawnictwa Mayfly: „Krzysztof to bardzo szczery i prawdziwy człowiek, szalenie autentyczny w tym, co robi, niezwykły. Przy tym szalenie ambitny. Czasami impulsywny. Współpraca z nim nie przebiegała łatwo, ale mimo trudnych momentów nasza znajomość przetrwała”).

Pomysł polegał na połączeniu pod wspólnym szyldem trzech bardzo niekonwencjonalnych wypraw. Celem pierwszej było przetestowanie sprawności podwójnego rebreathera (o tym już za chwilę) na głębokości poniżej dwustu metrów w głębinie Blue Hole w Morzu Czerwonym.

Poszło jak z płatka. Starnawski zszedł na głębokość dwustu dwudziestu dwóch metrów i zaledwie kilka tygodni później ruszył do Meksyku realizować cel numer dwa. 

Zamknięte oczy

Tym razem chodziło o coś jeszcze śmielszego – próbę odnalezienia podwodnego połączenia pomiędzy dwoma potężnymi systemami zalanych jaskiń na Jukatanie. W meksykańskim stanie Quintana Roo, wielkością porównywalnym do Słowacji, pod powierzchnią (żeby było ciekawiej, w dużej części zarośniętą gęstym, tropikalnym lasem) rozciąga się gigantyczna sieć zalanych tuneli stworzonych przez naturę. Dość powiedzieć, że aż siedem z dziesięciu najdłuższych podwodnych jaskiń świata, znajduje się właśnie na, a raczej w, tym skrawku lądu.

Starnawski, zanurzając się w studni The Pit, należącej do sytemu Dos Ojos, chciał znaleźć drogę do zalanej jaskini Blue Abyss wchodzącej w skład innego systemu – Sac Actun. Na powierzchni odległość między nimi to zaledwie pół kilometra, trudno się więc dziwić, że perspektywa podwodnego połączenia okazała się kusząca. Gdyby udało się je odnaleźć, „powstałaby” najdłuższa podwodna jaskinia świata o łącznej długości korytarzy przekraczającej trzysta dziesięć kilometrów. 

Jednak ani wtedy, za pierwszym razem, ani w trakcie kolejnych wypraw na Jukatan, podejść to z jednej, to drugiej strony, i pomimo cząstkowych sukcesów, jak odnalezienie kilku niezmapowanych wcześniej rozwidleń oraz zacisków, Starnawski nie trafił na połączenie. Pozostały zapierające dech zdjęcia fantazyjnie rozwidlających się korytarzy zalanych przezroczystą wodą oraz pocieszenie w postaci – po pierwsze – nadziei, że jeszcze kiedyś się uda (w 2012 roku systemy zostały co prawda połączone, ale stało się tak wskutek odnalezienia suchego korytarza; w roku 2013 Starnawski kontynuował swoje poszukiwania), po drugie zaś – trzeciego celu badawczego do zrealizowania. 

Obieg otwarty / obieg zamknięty

Ale zanim opowiemy krótką historię o tym, jak zostaje się rekordzistą świata przy okazji, najpierw kilka słów o technologii. A potem o ludziach.

Kto wie, co ma większe znaczenie?

Swoje pierwsze rekordowe nurkowania w Hranickiej propasti, te z końca XX wieku, Krzysztof Starnawski wykonywał korzystając z obiegu otwartego. W dużym uproszczeniu polega on na tym, że nurek oddycha pod wodą mieszaniną gazów z butli, które ma ze sobą (w trakcie przygotowań do nurkowania często zostawia się je też na określonych głębokościach). Ze względu na zwiększone ciśnienie, organizm człowieka przyswaja tam jednak zaledwie jedną czwartą ilości tlenu, którą pobiera. Pozostałą część wypuszcza w postaci bąbelków, wydychając ją wraz z dwutlenkiem węgla oraz azotem. Oznacza to, że marnuje się aż dziewięćdziesiąt pięć procent zasobów znajdujących się w butli. Metoda obiegu otwartego jest względnie bezpieczna, ale uzależnia czas przebywania pod wodą od tego, ile butli ma się do dyspozycji. W przypadku nurkowań bardzo głębokich, wymagających długiej dekompresji, to poważne ograniczenie (stąd tak ciężki bagaż). Bezwzględnemu rekordziście świata w nurkowaniu, Nuno Gomesowi, który swój imponujący rezultat osiągnął w 2005 roku, korzystając właśnie z obiegu otwartego, w zejściu na głębokość trzystu osiemnastu metrów w Morzu Czerwonym musiała asystować ponad setka ludzi.

Rozwiązanie stanowi rebreather – obieg zamknięty. Po co marnować wydychane powietrze, skoro można postarać się je oczyścić z dwutlenku węgla, wzbogacić w tlen i znów nim odetchnąć? Główną zaletą obiegu zamkniętego jest to, że nurek potrzebuje niewiele gazu, by długo przebywać pod wodą; podstawową wadą – że urządzenie bywa zawodne. Sterowane jest za pomocą komputera, a na głębokości, gdzie na wszystko działa olbrzymie ciśnienie, o awarię nietrudno. Od biedy można rebreatherem sterować ręcznie, ale lepiej tego unikać. Ujmując rzecz krótko: łatwo zginąć.

star

Fot. Krzysztof Starnawski

Dual rebreather i inni

Krzysztof Starnawski jest jednym z najlepszych nurków świata nie tylko dlatego, że korzysta z dostępnej aparatury – ale też ją udoskonala. Zachwycony możliwościami rebreathera oraz świadomy jego zawodności, zaczął kombinować, co zrobić, by na obiegu zamkniętym dało się nurkować bezpieczniej.

Tak powstał podwójny rebreather (czy raczej – jego podwójny rebreather, bowiem trzydzieści lat przed Starnawskim w podobnym kierunku eksperymentował niemiecki nurek, Jochen Hasenmayer).

– Bez niego wiele byśmy nie zdziałali. Całość składa się z elementów, które są znane od dawna, nasza zasługa tylko w tym, że udało nam się je tak połączyć, że stworzyliśmy urządzenie dające dwa razy większe możliwości i doskonale sprawdzające się w trakcie nurkowań głębokich – tłumaczy Starnawski. – Oczywiście wymagało to wielu prób w bardzo różnych warunkach, za to teraz jesteśmy z niego naprawdę zadowoleni.

– System wymyślony przez Krzysztofa jest dopracowany do perfekcji, on go ulepszał latami – uzupełnia Jamkowski. – Pozwala przesuwać granice eksploracji w sposób maksymalnie bezpieczny.

Dual rebreather to nic innego jak dwa rebreathery zintegrowane tak, by stanowiły możliwie małą, kompaktową i przyjazną dla nurka całość, oraz, w razie potrzeby, mogły działać niezależnie od siebie. Coś jak zapasowy spadochron dla skoczka. 

– Rebreathery to duże i nieporęczne urządzenia. Sztuka polegała na zespoleniu ich w ten sposób, żeby dało się tego wygodnie używać. Zrobiliśmy sprzęt, który jest funkcjonalny, i nauczyliśmy się go obsługiwać pod wodą. Podwójny rebreather to nowy kierunek w nurkowaniu. Jest naszym wkładem w rozwój tej dyscypliny – przekonuje Starnawski.

Używa liczby mnogiej, bo w nurkowaniu eksploracyjnym równie ważnym czynnikiem co sprawdzony sprzęt, są ludzie, na których można polegać. Od kilku lat laureat Kolosa 1999 jeździ na swoje wyprawy najczęściej w tym samym składzie. Skromnym, ale doskonale się uzupełniającym. Lubi działać w małych grupach złożonych z osób, które się lubią, rozumieją i odnoszą do siebie z szacunkiem. Dual Rebreather Team tworzy, oprócz lidera, troje jego byłych kursantów: Irena Stangierska, Marek Klyta oraz Grzegorz Rutkowski.

Hranická propast (II)

To właśnie oni towarzyszyli Starnawskiemu, kiedy ustanawiał rekord świata. A było tak: 

– Trenując przed powrotem do Hranickiej propasti, musiałem przećwiczyć bardzo głębokie nurkowanie z użyciem podwójnego rebreathera – opowiada nurek. – Chodziło o ustalenie, jak sobie poradzimy – i ja, i sprzęt – w przedziale pomiędzy dwieście pięćdziesiąt a trzysta metrów. Ciepłe wody Morza Czerwonego nadają się idealnie do tego typu przedsięwzięć, bo łatwo tam dotrzeć, warunki są komfortowe, a logistyka nie przedstawia wielkich trudności. Co prawda takie nurkowania mniej cieszą niż jaskiniowe, no ale przecież muszę gdzieś ćwiczyć. 

W listopadzie 2011 roku, schodząc pod wodę nieopodal kurortu Dahab, Krzysztof Starnawski, po zaledwie dziewięciu minutach od zanurzenia, dotarł na dno – na głębokość dwustu osiemdziesięciu trzech metrów. Tym samym o trzynaście metrów poprawił dotychczasowy rekord świata w nurkowaniu na obiegu zamkniętym, ustanowiony w 2004 roku przez Australijczyka Davida Shawa w słynnej południowoafrykańskiej jaskini Boesmansgat. Dekompresja zajęła mu dziewięć godzin. 

– Oczywiście, kiedy już muszę zejść tak głęboko, lepiej przy okazji pobić jakiś rekord, ale nie to było głównym celem mojego nurkowania w Egipcie – przekonuje. 

A co?

Niezmiennie: eksploracja.

W styczniu 2012 roku Starnawski uznał, że jest wreszcie gotowy do tego, by wrócić na Morawy. Po dwunastu latach przerwy znowu zanurzył się w kwaśnej wodzie, którą wypełniona jest Hranická propast.

Na „dzień dobry” poprawił swój rekord Polski, zszedł na głębokość stu dziewięćdziesięciu sześciu metrów i dostrzegł, że zaledwie kilka metrów niżej, na dnie głównej studni, znajduje się wąskie przejście, dające nadzieję na dotarcie jeszcze dalej w głąb jaskini. W czerwcu przecisnął się przez ten korytarz, potwierdził swoje przypuszczenia, a także po raz kolejny poprawił rekord Polski (do dwustu siedemnastu metrów). I wreszcie w październiku – dotarł do głębokości dwustu dwudziestu trzech metrów, równocześnie sondując dno studni, która otwarła się za zaciskiem, czyniąc z niej drugą najgłębszą znaną podwodną jaskinię świata.

Można być pewnym, że na tym nie poprzestanie.

Pozory

– On sprawia wrażenie takiego luzaka, nawet bałaganiarza, jakby wszystko olewał, niczego nie traktował poważnie – mówi Marcin Jamkowski. – Bo chodzi zawsze na sportowo, w polarach, ma taki sposób bycia. Przez to ludzie, którzy go nie znają, nie doceniają go. Ale niewiele trzeba, żeby się przekonać, jakiego kalibru to facet: z jak ogromną wiedzą, z jakim doświadczeniem, z jakimi pomysłami.

– Może się wydawać gburowaty, grubo ciosany, jakby nie miał zbyt wiele do powiedzenia – uzupełnia Olo Sawa. – Ale to tylko otoczka twardego, muskularnego mężczyzny. Jego przemyślenia na temat tego, czym się zajmuje, są niezwykle interesujące. Krzysztof napisał przedmowy do kilku wydanych przez nas książek. To są naprawdę mądre, trafiające w sedno teksty.

Presja, czyli lepiej płacić samemu

Na koniec wróćmy jeszcze do Fransa Cronje i tego, że nurkowań na głębokość poniżej dwustu pięćdziesięciu metrów tak naprawdę nie powinniśmy popierać, a potem do popularności (czy raczej jej braku). 

Starnawski za podporządkowanie życia swojej pasji płaci wysoką cenę. Jest człowiekiem odpowiedzialnym, dlatego – z wyboru – nie założył rodziny. 

– Na pewno, muszę się liczyć z tym, że w trakcie nurkowania coś pójdzie nie tak i ulegnę wypadkowi. Nawet śmiertelnemu. To jest wpisane w ten sport, tym bardziej przy głębokich nurkowaniach. Z drugiej strony, kiedy mam do wykonania rzeczywiście trudne zadanie, mocniej się koncentruję. Problemy zdarzają mi się raczej podczas treningów, w trakcie zupełnie banalnych nurkowań. Bo kiedy schodzę głęboko, jestem skupiony, dobrze przygotowany, mam przy sobie świetny zespół, gotowy do tego, by w razie potrzeby mi pomóc, czuję się dość pewnie. I jak na razie wszystko się udaje. Ale oczywiście liczę się z tym, że może zdarzyć się sytuacja, z której nie wyjdę cało.

– Wielu ludzi patrzy na niego i mówi: wariat. Ale on nie jest wariatem, ryzyko ma bardzo dobrze skalkulowane – przekonuje Marcin Jamkowski, który wielokrotnie towarzyszył Krzysztofowi w ekspedycjach. – On kocha życie, nie jest typem straceńca. Nieraz mu mówię, że dożyje stu czterech lat i umrze na katar we własnym łóżku.

Starnawski nie ma jednak nie tylko żony, ale także stałego sponsora. 

– Krzysiek nie zabiega o sponsorów i wydaje mi się, że postępuje tak świadomie – stwierdza Janusz Janowski. – Jeśli opowiada o swoich wyprawach, to dopiero gdy zakończą się powodzeniem. Nie lubi rozgłosu przed. Nie chce czuć presji, ani spełniać niczyich oczekiwań. Gdyby wiedział, że brak rekordu podczas jakiejś próby zostanie odebrany jako porażka, mógłby popełnić jakiś błąd i zginąć. Chwila dekoncentracji i po wszystkim. Przy tej skali trudności wiele nie trzeba.

Jak widać, system się sprawdza.

Podobnie jak podwójny rebreather.

*****

Wiertarka w kombinezonie (opowiada Marcin Jamkowski)

– Cechą charakterystyczną odkrywców jest to, że dla skomplikowanych problemów szukają najprostszych rozwiązań. Bo są najskuteczniejsze i najmniej zawodne. Krzysiek też to ma, jest niesłychanie kreatywny. Podam przykład. Długotrwałe, wielogodzinne dekompresje są uciążliwe i męczące. Żeby nieco zmniejszyć dyskomfort, czasem używa się tak zwanego habitatu. W skrócie: jest to opuszczony do wody, odwrócony do góry nogami namiot wypełniony powietrzem, do którego wpływa się pod koniec nurkowania, by spędzić w nim ostatnie godziny dekompresji. Będąc w środku, można wyjąć z ust aparat oddechowy i trochę odpocząć. Problem polega na tym, jak zakotwiczyć taką instalację, która ma przecież ogromną wyporność. Najprościej byłoby to zrobić z użyciem spitów, kołków rozporowych, takich, jakie stosuje się we wspinaczce przy zakładaniu stanowisk asekuracyjnych, ale – znowu – jak wbić takiego spita w ścianę jaskini? Nawet na powierzchni kosztuje to sporo czasu i wysiłku, a co dopiero pod wodą. Więc Krzysiek wymyślił: trzeba wziąć wiertarkę! No ale jak? Wiertarkę pod wodę? Kombinował, sprawdzał, testował, aż w końcu wymyślił: wodoszczelne opakowanie. Zaprojektował je, poszedł do producenta i powiedział: „Uszyj mi coś takiego. Tu ma być suwak gazoszczelny, tu wyjście na ośkę, tu coś jeszcze”. I on mu to zrobił. Krzysiek zabrał ubraną w kombinezon wiertarkę pod wodę i ona działa. Nakręcił film, jak jej używa. Ludzie nie mogli uwierzyć, oczy wychodziły im z orbit.

Hranická propast (III)

Projekt eksploracji podwodnej jaskini Hranická propast, który w roku 2014 zamierza kontynuować Krzysztof Starnawski, otrzymał niedawno mocne wsparcie w postaci grantu przyznanego przez Global Exploration Fund, fundację działającą pod egidą National Geographic Society (począwszy od roku 2012 przedstawicielki NGS, Camilla Hansen i Rebecca Martin, poszukujące wartościowych, godnych wsparcia przedsięwzięć eksploracyjnych, stale goszczą w Gdyni podczas Kolosów). Oznacza to, że Starnawskiemu nie tylko będzie łatwiej sfinansować realizację planu lepszego poznania – być może – najgłębszej jaskini świata (przypomnijmy, że do Pozzo del Mero we Włoszech brakuje jej tylko dziewiętnastu metrów) i próby ustanowienia tam rekordu świata w nurkowaniu, ale też, że o konsekwentnie eksplorowanej przez niego od kilkunastu lat studni pod Ołomuńcem zrobi się głośno na całym świecie.

*****

Tekst pochodzi z końca roku 2013. O późniejszych dokonaniach Krzysztofa Starnawskiego czytaj tutaj:

(sierpień 2015) http://www.kolosy.pl/index.php/aktualnosci/eksploracja-jaskin/rekord-starnawskiego

(wrzesień 2016) http://www.kolosy.pl/index.php/aktualnosci/eksploracja-jaskin/mamy-to

 

*****

Rozmowa z Krzysztofem Starnawskim zarejestrowana podczas Kolosów (za rok) 2014, Gdynia, marzec 2015: