baner waski glowny4

Brama. Z Gdyni w świat

Ilość wyświetleń: 10072 - Dodano: czwartek, 28 stycznia 2016 11:20

"Dar Pomorza" w gdyńskim Basenie Prezydenta | fot. Wojtek Jakubowski

To nie przypadek, że Kolosy odbywają się akurat w tym miejscu

 


To ludzie tworzą miasta. Zazwyczaj. Bo bywa, że dzieje się też odwrotnie. Energia nagromadzona w niektórych miejscach oddziałuje na przybyszów tak silnie, że w krótkim czasie zachodzi w nich nagła zmiana. Na przykład: zaczynają marzyć. Albo: nierealne wcześniej mrzonki, nagle wydają im się możliwe do zrealizowania - w zasięgu ręki (a przynajmniej wzroku). Przyjedźcie do Gdyni, najlepiej wcześnie rano wiosną lub latem, a w mig zrozumiecie, o co w tym chodzi.

Powiew słonej bryzy, nieskończony morski horyzont, odgłosy syren okrętowych, majestatyczne żaglowce wpływające do portu Gdynia – czyż może być lepsza sceneria sprzyjająca marzeniom o podróżach? – pytał, nie czekając na odpowiedź, prezydent miasta, Wojciech Szczurek, w słowie wstępnym do jubileuszowego wydawnictwa, przygotowanego z okazji dziesiątej edycji Ogólnopolskich Spotkań Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów, odbywających się co roku w Gdyni. Napisał to w roku 2008, już w XXI wieku, lecz przecież historia marzeń o podróżach zrodzonych w tym niezwykłym mieście zaczęła się prawie sto lat wcześniej. Jednak zanim o niej, najpierw coś namacalnego.

Konkret (wspomnienie z wakacji)

Wzniosłe słowa o marzeniach i inspiracjach często brzmią dobrze, ale jeszcze częściej niewiele znaczą. Dla równowagi – historia prawdziwa. Było lato 1953 roku. Po gdyńskiej marinie kręcił się czternastoletni chłopak, który ledwie kilka godzin wcześniej sam przyjechał do miasta pociągiem z daleka wyłącznie po to, żeby pierwszy raz w życiu zobaczyć morze. – Byłem najszczęśliwszym chłopcem na świecie – wspominał potem. – Chłonąłem wszystko. Szczególnie spodobał mi się jeden jacht: dwa wysokie maszty, mnóstwo lin, których zastosowania nie znałem, a do tego krzątający się po pokładzie chłopcy, wcale niewiele starsi ode mnie. Niesamowicie działało mi to na wyobraźnię. Jeden szył żagiel, drugi malował, a trzeci obierał ziemniaki. Przyglądając się, jak pracują, poczułem coś znacznie więcej niż tylko burczenie w brzuchu: chciałem znaleźć się na ich miejscu! Najlepiej zaraz.

„Zaraz” co prawda się nie udało, ale: - Od tamtych wakacji byłem już na zawsze stracony dla spokojnego życia. Zacząłem marzyć o niesamowitych przygodach i o tym, żeby zobaczyć, co jest za horyzontem. Być gdzieś dalej.

Tę historię, o sobie, prawie sześćdziesiąt lat później opowiedział Jerzy Radomski. W marcu 2011 roku, kilka miesięcy po tym, jak zakończył najdłuższy w historii polskiego żeglarstwa, trwający (trudno w to uwierzyć, ale to prawda) aż 32 lata rejs jachtem „Czarny Diament” po morzach i oceanach całego świata, otrzymał Kolosa. Statuetkę odebrał – czy mogło być inaczej? - w Gdyni. Dokładnie tam, gdzie zaczął marzyć.

Skąd dokąd

Wielka brama (1935) z powieści Kornela Makuszyńskiego o młodym chłopaku, który przybywa do powstającej właśnie z niczego Gdyni, by szukać pracy, przygód i autentycznego życia. Brama na świat (1934), reportaż Wacława Sieroszewskiego o polskiej gospodarce – przemyśle i handlu – i szansach, jakie otwierają się przed nią, dzięki statkom przybijającym do gdyńskiego portu z całego świata. Nawet Człowiek z bramy (1934), powieść Michała Rusinka, choć nie o podróżach, to jednak dziejąca się w Gdyni - przedwojennym autorom piszącym o tym jednym z najbardziej fascynujących przedsięwzięć II Rzeczypospolitej, budowie „miasta z morza”, trudno było uciec przed metaforą miasta-bramy. 

Nie ma się zresztą co dziwić. I to z wielu powodów. Weźmy dwa – gdyńskie „miejsca podróżne”, fizyczne bramy: Dworzec Kolejowy i Dworzec Morski.

Ten pierwszy, zbudowany w latach pięćdziesiątych XX wieku (po tym jak zniszczeniu w czasie wojny uległ gmach dworca z 1926 roku) według projektu Wacława Tomaszewskiego, jest niezwykłym architektonicznym połączeniem panującego wówczas socrealizmu z modernistycznym duchem przedwojennej Gdyni. Jest w nim rozmach (swoje robią imponujące freski) i wyraźne przesłanie, że w tym mieście podróżny ma prawo czuć się jak ktoś wyjątkowy.

Dworzec Gé wny PKP fot.Krzysztof Romaäski

Dworzec Główny w Gdyni | Fot. Krzysztof Romański

Z kolei Dworzec Morski, odrestaurowany w ostatnich latach i przystosowany na potrzeby umiejscowionego w nim Muzeum Emigracji, to już gdyński modernizm w czystej postaci. Dostojny gmach oddany do użytku w roku 1933, od samego początku istnienia zaświadczał o tym, że Gdynia jest otwarta na morze. A więc i na świat.

Muzeum Emigracji fot. Bogna Kociumbas

Dworzec Morski w Gdyni, dzisiejsze Muzeum Emigracji | Fot. Bogna Kociumbas

Skąd jednak to wszystko tam się wzięło? Albo inaczej: jak powstała brama?

Lata dwudzieste, lata trzydzieste

Historia Gdyni, a zwłaszcza tempo jej rozwoju po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w roku 1918 działają na wyobraźnię nawet dzisiaj. W 1921 roku w niewielkiej dotąd osadzie rybackiej rozpoczyna się budowa portu. Ledwie dwa lata później do jeszcze drewnianego mola przybija pierwszy pełnomorski statek, „SS Kentucky” (pod banderą francuską). Po kolejnych trzech latach Gdynia uzyskuje prawa miejskie. W 1934 roku jest już jednym z największych portów na całym Bałtyku. Większym od Kopenhagi, Szczecina, a nawet sąsiedniego Gdańska. Osiąga to raptem w jedną dekadę.

Atmosfera tworzenia czegoś z niczego, wykuwania nowego porządku na gołej ziemi, ten szczególny klimat „pogranicza” (i zawsze związanego z nim wyzwania przesuwania granic – we wszystkich wymiarach) jak magnes przyciąga niespokojne duchy z całego kraju. Miasto zdobywa sławę „polskiego Klondike” (osady słynnej z czasów „gorączki złota” w Ameryce Północnej). Pomiędzy najrozmaitszej maści awanturnikami do Gdyni przybywają też podróżnicy.

Pionierzy

Co prawda pierwszego polskiego eksploratora o naprawdę wybitnych dokonaniach, który osiedlił się w Gdyni, trudno było w latach dwudziestych XX wieku wciąż jeszcze nazywać awanturnikiem, za to jego dossier z młodości mogło (i nadal może!) zawstydzić niejednego poszukiwacza przygód. Kiedy Wacław Sieroszewski, bo o nim mowa (wspomniany już jako autor Bramy na świat), zaczął budować swoją letnią willę na Kamiennej Górze (budynek znajduje się dziś przy ulicy jego imienia), był już po sześćdziesiątce i powoli wchodził w buty statecznego literata. Ale czego nie robił wcześniej! Urodzony w roku 1858, w wieku dwudziestu dwóch lat został zesłany na Syberię, do Wierchojańska. Próbował ucieczki rzeką Janą do Morza Arktycznego, został schwytany, w końcu osiedlił się wśród Jakutów. I to osiedlił na dobre. Nauczył się ich języka, a nawet ożenił się, według miejscowych zwyczajów, z Jakutką. Jego prace etnograficzne spotkały się z ogromnym uznaniem Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, dzięki czemu uzyskał zgodę na powrót do kraju. „Po drodze” zatrzymał się w Irkucku i zwiedził Kaukaz. W pierwszych latach XX wieku, już nie „przy okazji” zesłania, ale na zlecenie wspomnianego Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, podróżował na Daleki Wschód, poznając m.in. Mongolię, Mandżurię, Chiny, Japonię, Sachalin oraz Koreę. Na wyspie Hokkaido, wspólnie z bratem Józefa Piłsudskiego, Bronisławem, prowadził unikatowe badania nad kulturą Ajnów. Z nad Pacyfiku wracał do Europy znów nieoczywistą drogą – przez Cejlon i Egipt, a w późniejszych latach odbył jeszcze podróż do Ameryki. Swoje nadzwyczajne doświadczenie opisał w dwudziestotomowych Dziełach (które w całości ukazały się już po II wojnie światowej). Śmiało może uchodzić za jednego z najwybitniejszych i najwszechstronniejszych polskich podróżników w historii.

Mniej więcej dekadę po Sieroszewskim do Gdyni sprowadził się Wacław Korabiewicz - w pełnym tego słowa znaczeniu poszukiwacz przygód, propagator realizowania szalonych pomysłów i autor wielu, cieszących się powodzeniem do dzisiaj, podróżniczych książek. Z wykształcenia lekarz, w roku 1930 zaczął pracować w Wyższej Szkole Morskiej, przeniesionej właśnie z Tczewa do Gdyni. Był wtedy już po swoich pierwszych podróżach, które przyniosły mu potem tak wielką popularność – kajakowych eskapadach po wodach Turcji i Grecji. Idąc za ciosem, w roku w 1934, razem ze swoją ówczesną żoną, Janiną Haazówną, ruszył w podróż kajakiem do Indii (wystartowali co prawda nie z Gdyni, ale ze Śniatynia, dzisiaj na Ukrainie). Po wybuchu II wojny światowej internowany w Szwecji, przez kolejnych dwadzieścia lat nie wracał do Polski, podróżując m.in. po Amazonii, przede wszystkim zaś spędzając wiele czasu w Afryce. Gdy w końcu osiadł w kraju (już nie w Gdyni, a w Warszawie), zajął się spisywaniem swoich wspomnień. Wydał łącznie kilkanaście tytułów.

Dar

Kto wie, czy zebrałoby się tego aż tyle, gdyby nie pewien żaglowiec. Korabiewicz, jako etatowy medyk gdyńskiej Szkoły Morskiej, przez ponad sześć lat przed wybuchem wojny (z przerwami na kajakowe wyprawy) pełnił służbę na szkolnej fregacie. Co to był za statek? Legenda! „Dar Pomorza”.

Nie da się mówić o historii Gdyni, nie wspominając o tej wspaniałej jednostce, będącej dziś statkiem-muzeum, zacumowanym przy Nabrzeżu Pomorskim gdyńskiego portu, tuż przy Skwerze Kościuszki. Zakupiony w 1929 roku z funduszy zebranych m.in. przez mieszkańców Pomorza (dziś powiedzielibyśmy, że w ramach akcji crowdfundingowej), a następnie wyremontowany i przemianowany właśnie na „Dar Pomorza”, piękny trzymasztowy żaglowiec po raz pierwszy przypłynął do Gdyni w roku 1930. Odtąd, jako jednostka szkoleniowa, służył kilku pokoleniom polskich żeglarzy i marynarzy, pływając pod biało-czerwoną banderą po morzach całego świata. Jego pierwszym komendantem był Konstatnty „Macaj” Maciejewicz-Matyjewicz, nazywany „kapitanem kapitanów”. Dowodził „Darem Pomorza” podczas odbywającego się w latach 1934-1935 polskiego rejsu dookoła świata, a także w trakcie historycznego, pierwszego pod polską banderą, opłynięcia Przylądka Horn pod żaglami (w roku 1937).

Dla historii polskiej eksploracji znaczenie miało również to, że w latach trzydziestych XX wieku na pokładzie „Daru Pomorza” często znajdowało się miejsce – obok tego zajmowanego przez adeptów żeglarstwa – dla polskich naukowców oraz badaczy. Jednym z nich był np. Wacław Roszkowski, wybitny zoolog, w latach przed Rewolucją roku 1917 w Rosji, prowadzący badania na Kaukazie, na Syberii, a także w Japonii. Właśnie na szkolnej fregacie z Gdyni odbył rejsy do północnej Brazylii i na Martynikę, a także do brazylijskiego stanu Parana oraz do południowej Afryki. W 1934 roku ukazała się jego książka zatytułowana Na „darze Pomorza” przez Atlantyk.

Zjawiskowa historia

Najbardziej gdyńska z podróżniczych historii związanych z początkami miasta nie dotyczy jednak „Daru Pomorza” (choć i on pojawia się w niej w epizodzie), mimo że również opowiada o rejsie żaglowcem. W roku 1931 19-letni harcerz, od czterech lat mieszkający w Gdyni (przeniósł się tu spod Radomia wraz z poszukującymi pracy rodzicami), natrafił w okolicach portu na porzucony wrak. Odtąd wszystko potoczyło się jak w scenariuszu sensacyjno-przygodowego filmu. Młodzieniec uznał, że zniszczona szalupa to dar (również) - od losu. Chyba nie mógł wtedy przypuszczać, że znalezisko aż tak bardzo zdeterminuje całe jego życie.

Postanowił, że odremontuje stateczek i błyskawicznie przystąpił do pracy. Odrestaurował kadłub, dodał takielunek i już w marcu 1932 „Zjawa”, jak ją nazwał, spłynęła na wodę. Dzielność jednostki była niewielka, ale jej zdeterminowany armator i tak zaplanował, że w lecie wyruszy na niej na „wakacyjny rejs” po Bałtyku. 8 lipca późnym wieczorem „Zjawa” wypłynęła z portu w Gdyni. Tamtej nocy jej dowódca oglądał polski brzeg po raz ostatni w życiu.

Nazywał się Władysław Wagner.

wagner

Władysław Wagner (w środku) | Fot. arch

Siedem lat później został pierwszym Polakiem, który opłynął świat dookoła jachtem żaglowym. Choć nie dokonał tego na tej samej maleńkiej „Zjawie”, którą z takim trudem wyremontował (po prawdzie „przesiadł się” z niej na nieco większą „Zorzę” jeszcze tej samej nocy, której rozpoczął podróż) to i tak jego wyprawa do dziś może stanowić inspirujący przykład determinacji i wierności z pozoru nierealistycznym marzeniom (więcej o rozpoczętym w Gdyni, brawurowym, siedmioletnim rejsie Wagnera warto przeczytać w tekście Macieja Krzeptowskiego na stronie Kolosy.pl: http://www.kolosy.pl/wyprawa-wladyslawa-wagnera-dookola-swiata-19321939).

Liga mistrzów

Wśród nazwisk wybitnych osób związanych z Gdynią przed rokiem 1939 i zasłużonych dla polskiej eksploracji wspomnieć należy jeszcze przynajmniej dwa: Gustawa Orlicza-Dreszera oraz Mariusza Zaruskiego. Obaj związani byli z działalnością Ligi Morskiej i Kolonialnej (gen. Orlicz-Dreszer był prezesem jej Zarządu Głównego od roku 1930 aż do swojej śmierci sześć lat później), która – szczególnie przez swoją nazwę – nie kojarzy się dzisiaj najlepiej, w opisie i interpretacji jej funkcjonowania koniecznie trzeba jednak brać poprawkę na specyfikę czasów. Owszem, celem Ligi było utworzenie polskich kolonii oraz wspieranie osadnictwa Polaków m.in. w Liberii oraz w Angoli, motywacją tych działań często była jednak bardziej ciekawość i chłonność świata niż chęć podporządkowania go sobie.

Zaruski 001 Kopia

gen. Mariusz Zaruski | Fot. arch. ze zbiorów Miasta Gdyni

W tym kontekście szczególnie ciekawa jest biografia Zaruskiego, człowieka o (bez cienia przesady) nadzwyczajnie szerokich horyzontach i zainteresowaniach. Marynarz, malarz, pisarz i – uwaga! tak, miał aż taki „rozstrzał” – twórca Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego (któremu szefował do roku 1914), w końcu, dobiegając sześćdziesiątki, osiadł w Gdyni i został w 1927 roku jej starostą morskim. Założył Yacht Klub Polski (razem z Antonim Ałeksandrowiczem), Kierował też Komitetem Floty Narodowej, organizując zbiórki pieniędzy na zakup pierwszych polskich jachtów (również „Daru Pomorza”). Mocno angażował się też w działalność harcerską, m.in. kapitanując „Zawiszy Czarnemu”, szkunerowi, zakupionemu jako jednostka szkoleniowa dla ZHP.

Z kolei gen. Orliczowi-Dreszerowi przypisuje się postulat, by „ubrać Gdynię w las masztów”.

Pierwsza Dama Bałtyku

Po II wojnie światowej i przesunięciu granic Polski na zachód Gdynia utraciła status jedynego dużego polskiego portu, nie znaczy to jednak, że przestała być istotna jako „okno na świat” i miejsce, z którego wyruszały ważne wyprawy pod flagą biało-czerwoną.

Gdynianką, choć nie z urodzenia, ale z wychowania oraz z wyboru, była Teresa Remiszewska, pierwsza Polka oraz jedna z pierwszych kobiet na świecie, która odbyła samotny rejs po Bałtyku. Dokonała tego w roku 1970 na jachcie „Zenit” był to dla niej jednak tylko wstęp do przedsięwzięcia o znacznie większej skali. A mianowicie – w 1972 roku Remiszewska, na adaptowanym turystycznym jachcie „Komodor”, wystartowała w prawdopodobnie najbardziej wówczas prestiżowych regatach międzynarodowych dla samotnych żeglarzy: transatlantyckich regatach OSTAR. Choć zawodów nie wygrała, w trakcie 57 dni żeglugi, jako pierwsza Polka, i czwarta kobieta na świecie, samotnie przemierzyła Ocean Atlantycki, otrzymując od organizatorów indywidualną nagrodę „za najlepszą pracę żeglarską” (sporą część trasy pokonała ze złamanym żaglem). Historię tego rejsu i swojej żeglarskiej pasji opisała w książce Z goryczy soli moja radość.

Dookoła z Gdyni

Jakkolwiek paradoksalnie by to brzmiało, nie tylko Teresa Remiszewska była pierwsza. Dwa kolejne wielkie rejsy, których nie można pominąć, wspominając historię Gdyni, również miały pionierski charakter. Trasa obydwu biegła dookoła świata.

Leonid Teliga, który jako pierwszy Polak, w latach 1967-1969, samotnie okrążył Ziemię na jachcie, choć nie wypłynął na swojej drewnianej „Opty” z gdyńskiego portu, to właśnie w Gdyni, w której wówczas mieszkał, rozpoczął historyczną wyprawę. Jak to możliwe? Jesienią 1966 roku bandera na jego jachcie (ochrzczonym kilka miesięcy wcześniej w Basenie Żeglarskim w Gdyni) była już podniesiona, lecz Polski Związek Żeglarski nie wydał zgody – ze względu na porę roku – na wyjście w morze i rejs po pierwotnie planowanej trasie przez Bałtyk, Morze Północne oraz Biskaje. Teliga załadował więc siebie i jacht na pokład statku „MS Słupsk” i dopłynął w ten sposób do Casablanki. Dopiero stamtąd, w styczniu 1967 roku, wyruszył w rejs, który przyniósł mu miejsce w encyklopediach.

Opłynięcie planety zajęło Telidze nieco ponad dwa lata. Dekadę później Henryk Jaskuła uwinął się z tym samym zadaniem aż cztery razy szybciej! Po prostu: nie miał gdzie zamarudzić – wypłynął, a jakże, z Gdyni, a następnie trasą wokół Przylądka Dobrej Nadziei, wzdłuż południowych wybrzeży Australii i Nowej Zelandii i dalej, przez Horn, z powrotem do Gdyni okrążył kulę ziemską samotnie i bez zawijania do portów! Cała wyprawa zajęła mu mniej niż rok, a sama pętla – 172 dni. Jaskuła, w trakcie rejsu „Darem Przemyśla” nie używający nowoczesnych systemów nawigacyjnych, stał się pierwszym Polakiem i trzecim człowiekiem na świecie, który dokonał takiego wyczynu.

Na biegun(y)

Najbardziej kojarzonym z Gdynią współczesnym polskim podróżnikiem (nie będącym równocześnie – a przynajmniej nie przede wszystkim – żeglarzem) jest Marek Kamiński (choć urodził się w Gdańsku, od wielu lat mieszka z rodziną w Gdyni). Laureat (wspólnie z Wojciechem Moskalem) Super Kolosa 2004, przyznanego w dziesiątą rocznicę zdobycia bieguna północnego po 72-dniowym marszu bez wsparcia z zewnątrz z wyspy Ward Hunt, zasłynął w głównej mierze jako polarnik. Zanim odbył wspomnianą, nagrodzoną wyprawę, również z Wojciechem Moskalem dokonał pierwszego polskiego trawersu Grenlandii, później zaś, tym razem samotnie, osiągnął biegun południowy, maszerując na niego przez 53 dni i pokonując po drodze 1400 km z Berkner Island. Zakres jego podróżniczych zainteresowań jest jednak o wiele szerszy i nie ogranicza się do torowania w śniegu. Kamiński wszak również się wspina, pływa (najchętniej kajakiem), a zaczynał – o czym być może nie wszyscy wiedzą – od autostopu.

Jedzie nowe

Skoro zresztą o Kamińskim mowa, stanowi on znakomity przykład tego, jak wiele zmieniło się w polskich podróżach po roku 1989. Zniknęły administracyjne ograniczenia, dzięki czemu wędrowanie po świecie stało się czymś znacznie bardziej i szerzej dostępnym niż kiedyś. Przesadą byłoby twierdzić, że podróżników ogranicza dziś w wyznaczaniu sobie celów wyłącznie wyobraźnia (zdrowie i rezerwy finansowe też miewają niejakie znaczenie), ale nie ulega wątpliwości, że dla niespokojnych duchów nastały lepsze czasy.

Co na to Gdynia?

Nie pozostaje obojętna.

Roli, jako odegrało miasto, w kształtowaniu się polskiego środowiska podróżniczego na początku XXI wieku, nie sposób przecenić. Dziś organizowane w wielu miastach spotkania i festiwale, podczas których prezentowane są zdjęcia oraz filmy z wypraw w rozmaite zakątki świata, stały się zjawiskiem niemal powszechnym. Ale nie byłoby ich, a na pewno nie w takim kształcie oraz ilości, gdyby najpierw nie przetarto szlaku.

Gdzie?

No jasne. Pod koniec lutego 1999 roku (a więc pod pewnymi względami wcale nie tak dawno) to właśnie w Gdyni, przy okazji targów turystycznych Kaszuby’99 odbyły się pierwsze Ogólnopolskie Spotkania Podróżników (przemianowane z czasem na Ogólnopolskie Spotkania Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów). Nowatorska formuła, polegająca na tym, że wybitni alpiniści, żeglarze oraz wędrowcy nie tylko opowiadają o swoich dokonaniach ex catedra, ale przez cały czas trwania imprezy są fizycznie dostępni dla spragnionej bezpośredniej relacji i inspiracji publiczności, sprawdziła się doskonale i zapoczątkowała fenomen, dla którego teraz każdego marca do Gdyni ściąga z całej Polski (i nie tylko) kilkanaście tysięcy osób. Mają po co – szczególnie odkąd w Gdyni zagościły Kolosy, najważniejsze polskie nagrody za dokonania eksploracyjne, przez trzy dni na przełomie zimy i wiosny (nad Bałtykiem robi się wtedy naprawdę pięknie) trwa tu autentyczne podróżnicze święto. OSPŻiA – Kolosy to największa tego typu impreza w Europie.

Kolosy za rok 2014 Podsumowanie

Kolosy, marzec 2015 r. | Fot. Adrian Larisz

Warto przy tym pamiętać, że mające tak imponującą tradycję miasto, nie tylko udostępnia podróżnikom przestrzeń, ale też pomaga im realizować marzenia. Począwszy od roku 2002 w trakcie OSPŻiA przyznawana jest Nagroda im. Andrzeja Zawady, której towarzyszy fundowany przez prezydenta Gdyni grant w wysokości 15 tys. złotych. Nagroda, od roku 2003 wręczana podczas finału Kolosów, trafia w ręce młodych podróżników, którzy przedstawią najciekawszy w danym roku projekt wyprawy. Przeznaczeniem grantu jest finansowe wsparcie realizacji nagrodzonego pomysłu. Do tej pory NiAZ przyznano czternaście razy.

Do zobaczenia

I to wszystko działo się i dzieje w mieście, o którym jeszcze sto lat temu mało kto słyszał. Aż niewiarygodne. W marcu, jak co roku, zobaczymy się w Gdyni ponownie. I znów będzie nas tam w hali Gdynia Arena i w salach Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego, kilkanaście tysięcy. Podróżników – mniejszych i większych - oraz tych, którzy choć nigdzie dalej się nie wybierają, jak powietrza potrzebują opowieści o dalekich stronach. Do zobaczenia.

 

*****

 

Wykorzystane materiały:

Maciej Krzeptowski, Wyprawa Władysława Wagnera dookoła świata (1932–1939), http://www.kolosy.pl/wyprawa-wladyslawa-wagnera-dookola-swiata-19321939.

Kornel Makuszyński, Wielka brama, Warszawa 2006.

Jerzy Radomski, Pieskie życie na morzu, red. Piotr Tomza, 2011, niepublikowane.

Wacław i Tadeusz Słabczyńscy, Słownik polskich podróżników, Warszawa 1992.

Dzieje Gdyni, red. Roman Wapiński, Ossolineum 1980.

Brama na świat. Gdynia 1918-1939, wybór, wstęp i opracowanie Maciej Rdesiński, Gdańsk 1976.

R. Ciemiński, Miasto z morza, Gdańsk 2000.