DSC 9837m1

Henryk Widera

Fot. Anna Kaźmierczak

Wychowany na Śląsku, absolwentWyższej Szkoły Muzycznej w Katowicach, muzyk szczecińskiej filharmonii, a następnie koncertmistrz w operze i operetce, dopiero po przejściu na emeryturę poświęcił się żeglarstwu, o którym marzył od dziecka. Mimo skromnych środków oraz 60-ki, a potem 70-ki i 80-ki na karku, na maleńkich, śródlądowych jachtach – najpierw „Piano”, a następnie „Gawot” – odbywał stopniowo coraz dłuższe rejsy, aż w końcu (z przerwami i przygodami – m.in. wymieniając korespondencję z Władimirem Putinem) opłynął całą Europę. W trakcie swoich podróży nigdy nie rozstaje się ze skrzypcami.

*****

(ur. 1930) | Laureat Nagrody Specjalnej Kolosów 2017, Wyróżniony (Kolosy 2004 i 2008) w kategorii Żeglarstwo, Nagroda Dziennikarzy (Kolosy 2008)

Długi rejs koncertmistrza

– W Cannes poznałem dziewczynę. Powiedziała mi: „Idź na ulicę, ja też tak zaczynałam”. Odważyłem się i poszedłem. Po raz pierwszy w życiu poczułem absolutną wolność

(tekst pochodzi z książki Piotra Tomzy Pokolenie kolosów, wydanej w 2014 roku nakładem wydawnictwa W.A.B.)

Henryk Widera, kiedyś koncertmistrz szczecińskiej opery i operetki, od ponad dwudziestu lat na emeryturze, pływa dzięki temu, że gra, a gra dlatego, że pływa. Żeglarstwo dużo dla niego znaczy. Między innymi uratowało mu życie. Z muzyką sprawa była bardziej skomplikowana.

Wyrazy głębokiego uznania

Na pierwszy rzut sielanka. Morze Śródziemne, na morzu niewielki, niespełna pięcioipółmetrowy jacht, na jachcie łagodny, ujmujący starszy pan z siwą brodą, pod brodą skrzypce. Gra na nich jakąś klasykę – Mozarta, Bacha lub Beethovena. Jest sam, muzyka niesie się po falach. Nagle coś wyłania się z wody.

– Pomyślałem: wieloryb. Ale nie, okazało się, że to okręt podwodny. Ktoś z niego wyszedł i zaczął bić brawo. Żołnierze marynarki wojennej wykonywali manewry, usłyszeli pod wodą moje granie i wynurzyli się, by mi podziękować – wspomina Henryk Widera.

Sporo przeżył, nim doświadczył czegoś takiego.

Zszargane nerwy

– Moje życie zawodowe to był jeden wielki stres i lęk. Pracowałem w filharmonii. Szło mi bardzo dobrze, byłem wyróżniającym się muzykiem, dostawałem niezłe recenzje. Ten zawód wymaga jednak nie tylko umiejętności, ale też odporności psychicznej. Gdy się występuje, cały czas jest się na oczach ludzi. I z tym sobie nie radziłem. Problem się nasilał, zacząłem się ratować alkoholem, aż w końcu nie potrafiłem już tego dłużej wytrzymać. Zdałem sobie sprawę, że albo zmienię pracę, albo zostanę alkoholikiem. I poszedłem do operetki.

W operetce Widera został koncertmistrzem, ale coś takiego dobrze brzmi tylko w teorii. Bo w praktyce: – Wciąż miałem na sobie dużą odpowiedzialność i bardzo się stresowałem.

Odliczał więc lata do emerytury i przeszedł na nią, gdy tylko skończył sześćdziesiątkę. Teraz mógł wreszcie zabrać się za swoje marzenie.

Mrzonki (frontowe sanie)

– Jestem stworzony do jachtu – mówi. – Stale o tym myślałem, zawsze, od małego. Wychowywałem się na śląskiej wsi, przez łąkę obok domu przepływał strumień. Kiedy wylewał po deszczu, od razu brałem co popadnie i pływałem – deski, balię, nie robiło mi to różnicy. Podczas wojny z kolei wraz z kolegami splądrowaliśmy wagon, w którym znajdował się transport sani przeznaczonych na front wschodni. Niemcy porzucili go, gdy się wycofywali. Te sanie były prawie jak łodzie. Braliśmy je na stawy i staczaliśmy między sobą bitwy morskie.

Po chwili dodaje: – Tak, marzyłem o tym, by pływać, odbywać dalekie rejsy, ale wydawało mi się to całkowicie nierealne. Nie miałem pojęcia, jak się za to zabrać i to zrealizować.

Nie można jednak powiedzieć, by nic nie robił. Przede wszystkim – przeprowadził się do Szczecina.

Początki (frycowe)

– Dowiedziałem się kiedyś, że kolega sprzedaje łódź. Byłem w takiej euforii – już widziałem siebie pływającego nią na pełnym morzu – że ją kupiłem. Dopiero potem okazało się, że to jakaś dziwna konstrukcja z brezentu, która do niczego się nie nadawała.

Na małych jachtach pływa od 1966 roku. Zdarzało mu się podejmować próby nielegalnego przekroczenia granicy polsko-enerdowskiej na Zalewie Szczecińskim w okolicach Nowego Warpna („Wyczekałem na złą pogodę, pod jej osłoną wymanewrowałem pograniczników, przedostałem się na niemiecką stronę i byłem szczęśliwy. Niestety, z tego wszystkiego zaplątałem się w sieci rybackie. Rano musieli mnie ściągać amfibią”), a wykorzystując krótki okres, w którym do przejścia granicy PRL wystarczał jedynie dowód osobisty (przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych), jachtem typu P-7, czyli trochę większym kajakiem, opłynął niemal całą Rugię.

Poważne żeglarstwo zaczęło się jednak dopiero po sześćdziesiątce.

Na patencie

Pierwszy rejs młodego emeryta to rok 1991. Żona już nie żyła, w domu nic go nie trzymało, więc z synem i jego koleżanką (oraz ze znajomym szkutnikiem, który jednak dość szybko opuścił załogę) ruszył w podroż na maleńkim, pięcioipółmetrowym jachcie „Piano”.

– Nie mieliśmy pieniędzy – wspomina szczeciński żeglarz. – Na Kanale Kilońskim zmuszono nas, byśmy za ostatnie grosze kupili silnik, a następnie zatrzymano nas w punkcie kontrolnym za brak świateł rufowych. Próbowaliśmy sobie radzić, wkładając świeczkę do słoika po dżemie i nakłuwając otwory w zakrętce, ale patent okazał się niezbyt skuteczny.

Gdy na Morzu Północnym na pytanie, dokąd płyną, odpowiadali, że na Morze Śródziemne, ludzie tylko pukali się w głowę. We Francji żywili się znajdowanymi na brzegu jeżynami oraz owocami, które zdobywali, chodząc nocą na grandę.

Męczący reżim, nawet dla kogoś, kto o pływaniu marzył całe życie. W Lyonie, dokąd dotarli francuskimi rzekami i kanałami, otrzymali co prawda wsparcie z polskiego konsulatu („Skoro w taki sposób dopłynęliście tak daleko, to wam pomożemy” – usłyszeli), ale syn z dziewczyną chwilowo mieli już tego dosyć i pojechali trochę zarobić na winobraniu. Widera został sam. Zupełnie tym niezrażony ruszył jachtem na Lazurowe Wybrzeże.

Na bruku

– Jestem artystą, jestem muzykiem, zawsze lubiłem ćwiczyć. Cały czas miałem ze sobą skrzypce, ale nie miałem odwagi.

W Cannes sytuacja zrobiła się podbramkowa. Jacht zaczął tonąć. Po przejściu ponad dwustu śluz na trasie był nadwyrężony, brał wodę i wymagał natychmiastowego remontu. Widera nie miał za co go zrobić.

– Szukałem jakiegokolwiek rozwiązania – opowiada. – Wybrałem się na policję, potem do pomocy społecznej, przy okazji dowiedziałem się, że w Cannes działa orkiestra. Trudno – złożyłem podanie. Przyjęli je, ale gdy dotarłem na egzamin, spytali o pozwolenie na pracę. Nie miałem.

Gdyby Widera nie spotkał wtedy występującej w canneńskiej orkiestrze krakowianki, historia żeglarza-emeryta pewnie skończyłaby się w tym miejscu. „Weź skrzypce i graj na ulicy – poradziła mu dziewczyna. – Ja też tutaj tak zaczynałam”. – Kiedy mi to powiedziała, w końcu się odważyłem.

Jeszcze o tym nie wiedząc, Widera właśnie rozpoczął najszczęśliwszy etap swojego życia.

Wyzwolenie

– Na ulicy poczułem absolutną wolność i dopiero wtedy naprawdę pokochałem muzykę. Mogłem grać, co chciałem, gdzie chciałem i kiedy chciałem. A ludzie mnie słuchali i dawali mi za to pieniądze. Wreszcie poczułem się artystą. Bardzo potrzebowałem takiej swobody.

Miał powodzenie. Zarabiał dobrze, stopniowo coraz lepiej. Pieniędzy wystarczyło nie tylko na opłacenie portu, ale i na wyslipowanie jachtu oraz solidny remont, a nawet na bilet do domu. I jeszcze trochę zostało. Po krótkim pobycie w Polsce Widera wrócił do Francji i z Cannes popłynął przez Morze Śródziemne do Grecji.

– Przestałem się martwić o pieniądze. Gdy się kończyły, po prostu wyciągałem skrzypce i grałem. Nie miałem wielkich potrzeb, byłem zadowolony z tego, co mam. Po raz pierwszy odwiedzałem te wszystkie kraje, cieszyłem się tym, co mnie otaczało. Grałem w pięknych miejscach, w San Remo, na Korsyce albo w Wenecji, gdzie formalnie było to niedozwolone, ale tolerowano mnie, bo muzyka się podobała. Z czasem na Morzu Śródziemnym zaczęły nawet o mnie krążyć legendy: że jest taki samotny żeglarz, który gra na skrzypcach na morzu na swoim maleńkim jachcie. Bo ja przecież, nie chcąc wyjść z formy, płynąc, musiałem codziennie przynajmniej przez godzinę ćwiczyć.

Zdarzało się, że ktoś podpływał, pytał Widerę, dokąd się kieruje, i ruszał w to samo miejsce, by przy następnej okazji znów posłuchać jego skrzypiec.

– Nie wiem, co by się stało, gdyby nie żeglarstwo. Ono mi pozwoliło uwolnić się od problemów, które miałem przez całe życie. Uratowało mnie, a przecież zanosiło się już na katastrofę. Kocham obie moje pasje i mam wielkie szczęście, że mogę je połączyć.

Cios

Grając coraz więcej w kurortach Włoch, Francji oraz Hiszpanii (zdarzało się, że nie tylko na ulicy, ale i na luksusowych statkach), Widera dorobił się lepszego jachtu. Kupił model tango family i nadał mu imię „Gawot”.

Wszystko układało się aż za dobrze.

Wiosną 1997 roku stary jacht Widery stał zacumowany na nabrzeżu koło Nicei. Żeglarz podarował go synowi, który pływając z nim od czasu do czasu po Morzu Śródziemnym, też złapał żeglarskiego bakcyla. Kanałami i rzekami miał go sprowadzić do Szczecina, ale najpierw z dwoma kolegami ruszył w rejs na Korsykę.

20 czerwca na morzu zdarzył się wypadek.

Zginęli wszyscy, w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach. Sławek Widera raptem trzy dni wcześniej obchodził swoje dwudzieste dziewiąte urodziny. – To był cios, straszny – wspomina ojciec. – Straciłem całą radość, którą dawało mi żeglowanie. Gnębiło mnie to długo, miałem wyrzuty sumienia. Bo przecież gdyby nie ja, nie zainteresowałby się żeglarstwem, gdyby nie ten jacht, to wtedy by nie popłynął. Poczucie winy osłabło we mnie dopiero, gdy w Cannes przydarzyła mi się historia, w wyniku której uratowałem życie człowiekowi. Poza tym czas leczy rany.

Na ocean

W 2002 roku Henryk Widera swoim małym, balastowo-mieczowym seryjnym jachtem śródlądowym postanowił dotrzeć na Wyspy Kanaryjskie. Ludzie znowu stukali się w czoło z niedowierzaniem. Tym bardziej że emerytowany koncertmistrz z roku na rok nie robił się młodszy. Teraz był już po siedemdziesiątce.

Samotny rejs ze Szczecina przez Kanał Kiloński, Morze Północne, Zatokę Biskajską, z przystankiem na Maderze, aż po wszystkie wyspy archipelagu i z powrotem, przez Morze Śródziemne, Canal du Midi i znowu wodami Europy Północnej zajął mu z górą dwa lata. Przemierzył podczas niego ponad sześć tysięcy mil morskich, a po drodze u wybrzeży Maroka miał dramatyczne spotkanie z piratami. Do Szczecina wrócił w połowie listopada 2004 roku, kilka miesięcy później na Kolosach otrzymał wyróżnienie. Kapituła w uzasadnieniu swojego werdyktu w pierwszej kolejności zwróciła uwagę nie na jego wiek, lecz na radość, jaką daje mu żeglowanie. On zaś podkreślał: – To, że wciąż żyję, że mam tyle energii, zawdzięczam wyłącznie żeglarstwu.

Rejs życia miał ciągle przed sobą.

Europa – miłe początki

Wyruszył w niego 15 maja 2006 roku. Tym razem zamierzał samotnie opłynąć Europę. Właściwie mu się udało, chociaż kosztowało go to czterodniową głodówkę protestacyjną i wymianę korespondencji z Władimirem Putinem. Ale po kolei.

Ze Szczecina wypłynął przez Świnoujście na Bałtyk i skierował się do Skandynawii, następnie, żeglując wokół Wysp Brytyjskich (Szetlandy, Orkady, Irlandia) dotarł do wybrzeży Francji, by wzdłuż Półwyspu Iberyjskiego i przez Cieśninę Gibraltarską wpłynąć na dobrze sobie znane Morze Śródziemne. Dalej przez Baleary, Sardynię, Sycylię, Maltę oraz porty Grecji i Turcji przeszedł Morzem Czarnym na Morze Azowskie. Po przezimowaniu jachtu w Mariupolu planował rosyjskimi rzekami dotrzeć aż do Murmańska i zakończyć rejs opływając Nordkapp.

Nie dotarł.

Kiedy wiosną 2008 roku pełen werwy wrócił na Ukrainę, by dokończyć ostatni etap swojego rejsu, raz po raz zaczęły się przed nim piętrzyć rafy.

List do Putina

Najpierw uszkodził jacht o kamienie, w miejscu, w którym powinien znajdować się znak ostrzegawczy, lecz go tam nie było. Niedługo potem, zaraz po przekroczeniu granicy ukraińsko-rosyjskiej, dowiedział się, że nie ma bardzo ważnych pozwoleń. Na tyle ważnych, że bez nich nie może pływać po wewnętrznych wodach Rosji.

I co tu zrobić?

Widera trochę nakłamał, dzięki czemu pozwolono mu dopłynąć do Rostowa. Ale ani kilometra dalej. Przyjechał konsul, niezbyt zachwycony całą sytuacją, i oświadczył byłemu koncertmistrzowi, że na wymagane papiery będzie musiał poczekać dwa–trzy miesiące. Okres życia, gdy na wszystko zgadzał się bez szemrania, Henryk Widera miał już jednak dawno za sobą. Pewności siebie dodawało mu ponadto, że jego sprawą zaczęli interesować się dziennikarze. Wyszedł im naprzeciw – najpierw ogłosił na swoim jachcie protest głodowy, a następnie napisał list do Putina.

Trochę pomogło.

Zaczęto traktować go z honorami, pozwolono bezpłatnie zacumować w bogatym jachtklubie, ale w najważniejszej sprawie zmieniło się niewiele. Zniecierpliwiony przedłużającym się oczekiwaniem Widera zdecydował się wrócić do Polski. Lądem dotarł do Przemyśla, ze względu na niski poziom wody w Sanie zwodował jacht dopiero na Wiśle, w Gorze Kalwarii, w Warszawie znów musiał go wyciągnąć i przewieźć do Gdańska, by wreszcie stamtąd pożeglować do Szczecina. Gdy 11 października 2008 roku, po przepłynięciu ośmiu tysięcy mil morskich, wracał do portu macierzystego, miał siedemdziesiąt osiem lat. Witano go jak zwycięzcę (kilka miesięcy później otrzymał kolejne wyróżnienie na Kolosach), ale on czuł niedosyt.

Putin to za mało

– Nie mam pretensji do Rosjan, chociaż ostatecznie dostałem zakaz pływania po wewnętrznych wodach tego kraju. Za to ze strony ludzi spotykały mnie właściwie same dobre rzeczy.

W roku 2009 Widera wpadł na pomysł, że skoro nie udał się pierwotny plan, spróbuje domknąć swoją pętlę wokół Europy od drugiej strony. Popłynął przez Bałtyk do Petersburga, licząc na to, że dotrze do Rostowa od północy. Miał ku temu podstawy, w ręku ściskał bowiem coś, co wydawało się rozwiązywać wszystkie problemy: papier ze zgodą na żeglugę, podpisany przez samego premiera Rosji.

– Putin mi odpowiedział i czułem, że mi sprzyja.

Okazało się, że nawet w Rosji może to nie wystarczyć.

Wygrana bitwa

Widera miał zgodę, ale nie miał pieniędzy – za obowiązkową asystę pilota zażądano od niego horrendalnej kwoty. Ani tyle nie miał, ani nie myślał zbierać. Zaczął czynić starania, by zwolniono go z opłaty. Nie zdążył.

Przyszła zima, zostawił „Gawota” zacumowanego w jachtklubie na wyspie Wasilewskiej i wrócił do Polski. Wiosną ponownie zameldował się w Petersburgu i tym razem z bitwy z biurokracją wyszedł zwycięsko. W październiku dopłynął do Moskwy i wyslipował jacht. Aby podreperować fundusze, zahaczając po drodze o Szczecin, poleciał zarobić trochę graniem na Wyspach Kanaryjskich (pieniądze lepsze niż w stolicy Rosji, w dodatku ciepło i nikt nie przegania z metra).

– „Gawot” to pierwszy polski jacht, który cumował w Moskwie – mówi z dumą Widera.

Ale wojna trwała.

Rosyjski epilog

Rok 2011 przyniósł jej rozstrzygnięcie. Niestety, dla szczecińskiego skrzypka niezbyt korzystne. W kwietniu, już tradycyjnie, Widera udał się na wschód, z zamiarem popłynięcia z Moskwy do Rostowa. W lipcu zamiast nad Morzem Czarnym był jednak znów w Petersburgu. Ostatecznie zakazano mu po pływania po rzekach i kanałach Rosji oraz zmuszono do opuszczenia kraju. Ze stolicy nad Zatokę Fińską jacht musiał przewieźć na samochodzie. W sierpniu dożeglował „Gawotem” do Turku, a w październiku bezpiecznie wylądował w Szczecinie.

Ile miał wtedy lat? Łatwo policzyć.

Czuję się świetnie

Dziś ma osiemdziesiąt trzy [tekst został napisany jesienią 2013 roku; dziś Henryk Widera ma osiemdziesiąt osiem – przyp. red.]. W ostatnich miesiącach żeglował mniej, ale za to: montował filmy (w trakcie swoich samotnych rejsów zawsze ma ze sobą nie tylko skrzypce, ale też kamerę), przygotowywał się do wystawy i wziął się wreszcie trochę za swoje zdrowie.

Biało-czerwona na morzach i oceanach to ekspozycja przygotowana pod patronatem Prezydenta RP z okazji Święta Flagi, pokazująca najbardziej zasłużonych polskich żeglarzy, którzy docierali pod narodowymi barwami w najodleglejsze zakątki świata. Widera – choć przecież zaczynał dopiero na emeryturze, a wszystkie rejsy realizował bardzo skromnie, bez rozmachu i własnym sumptem – został jednym z jej bohaterów, a plansza poświęcona jego dokonaniom znalazła się obok podobnych, traktujących o generale Mariuszu Zaruskim, Władysławie Wagnerze, Leonidzie Telidze, Ludomirze Mączce czy Wojciechu Jacobsonie.

A co do zdrowia, no cóż, lata lecą.

– Jestem po operacji serca, dość skomplikowanej. Ale szybko dochodzę do siebie. Posłużyło mi to, że po wyjściu ze szpitala przez cały czas mieszkałem na jachcie. Do domu wróciłem dopiero niedawno, najwyżej dwa tygodnie temu – mówi Widera.

Rozmawialiśmy pod koniec listopada.

 

*****

„Gawot”

Jacht, na którym do dzisiaj żegluje Henryk Widera, to seryjna jednostka mieczowa typu tango family, zaprojektowana przez Andrzeja Skrzata i zbudowana w stoczni jachtowej Janmor w Głownie koło Łodzi. Długość: siedem i osiem dziesiątych metra, szerokość – niespełna trzy metry. Przed rejsem dookoła Europy szczeciński skrzypek dokonał na jednostce niewielkich modyfikacji, między innymi zmienił wanty na większe, miecz wymienił na nierdzewny, na topie masztu zamontował styropianowy pływak wypornościowy, zastąpił obrotową płetwę sterową płetwą stałą oraz zainstalował stacjonarny silnik o mocy dziewiętnastu koni mechanicznych ze stałą śrubą na długim wale.

 

Szczęściarz

(opowiada kapitan Wojciech Jacobson, zaprzyjaźniony z Widerą wybitny żeglarz, członek Kapituły Kolosów)

Podziwiam Henia za odwagę. Wypuszczanie się małym mieczowym jachtem, i to samotnie, na takie akweny, jak Morze Północne, Zatoka Biskajska czy kanał La Manche, oraz opływanie Wielkiej Brytanii przez Szetlandy i Orkady to wyczyn wysokiej klasy. Ale śmiałym szczęście sprzyja. I Heniowi sprzyjało wielokrotnie. Można powiedzieć, że jest nie tylko dobrym żeglarzem, lecz także żeglarzem szczęśliwym. W dramatycznych momentach, gdy nękały go sztormy, gdy łamał mu się maszt, gdy fale spychały jego jacht na brzeg, gdy nagle zostawał bez pieniędzy – zawsze znajdował się ktoś, kto mu pomógł. A jeśli nie, kłopoty i tak udawało się przezwyciężyć, czasem w najmniej oczekiwany sposób. Henio miał więc szczęście do ludzi, ale i potrafił się odwdzięczyć – swoją bezpośredniością, uśmiechem i oczywiście grą na skrzypcach. To właśnie muzyka najczęściej otwierała mu drogę w czasie rejsu dookoła Europy. Szczęście zawiodło go tylko raz – w zetknięciu z rosyjskimi przepisami i biurokracją. W przebyciu szlaku przez Rosję nie pomogły nawet apele dziennikarzy w rosyjskiej prasie ani list do samego Putina.

 Sezon 2004209